tagi: avalanche studios, just cause 2, square enix
Jeżeli irytowało cię Grand Theft Auto 4 i powolne przemieszczanie się z miejsca na miejsce by wykonać daną misję to Square Enix Europe (które wchłonęło Eidos i jego macki) ma dla ciebie lekarstwo. Nazywa się ono Just Cause 2 i gwarantuje bezalkoholowy odlot na kilkadziesiąt godzin. I to odlot w dosłownym tego słowa znaczeniu.
My name is Scorpion
Poznaj Rico Rodrigueza, agenta CIA którego hobby jest wyzwalanie tropikalnych wysp z rąk złych dyktatorów. W najnowszej odsłonie gry Rico trafia na Panau - fikcyjną wyspę gdzieś w południowo-wchodniej Azji i od razu zaczyna ostrą demolkę... i nie ma przebacz, bo po bardzo szybkiej rozmowie z współtowarzyszką Rico, zostaje zmuszony do szybkiego skoku w nieznane z ostrzeliwanego helikoptera. Na szczęście nasz sławny heros ani na chwilę nie rozstaje się ze spadochronem (a raczej spadochronami), a także hakiem a'la spiderman. Dzięki tym dwóm gadżetom Scorpion, bo taką ma ksywkę nasz madafaka, będzie w stanie nie tylko przeżyć, ale i pokazać kto tak naprawdę rządzi na Panau.
Zapomnij o fabule
Just Cause 2 posiada fabułę, ale celuje ona w średni film klasy B, więc zapomnicie o niej zaraz na samym początku gry. Wydaje mi się to być celowym zabiegiem ze strony dewelopera. Dzięki temu mogłem bez problemu rozkoszować się każdym chociażby małym smaczkiem gameplay'owym bez potrzeby gnania do przodu by poznać to co się ma wydarzyć za chwilę. Pierwsza część gry nigdy nie ukazała się na konsolę PlayStation 3, więc jeżeli nie mieliście okazji zapoznać się z poprzedniczką, to też nic nie tracicie. Mamy nową wyspę, nowego dyktatora i jedyne co nawiązuje do pierwszej części to główny bohater i jego pościg za byłym szefem, który najwyraźniej przeszedł na stronę wroga. Generalnie fabuła rozbija się o kilka linijek dialogowych, które dostarczane są przez naszego współpracownika albo szefów jednej z trzech szajek rebeliantów dla których Rico pracuje. Jeżeli jednak postanowicie ją śledzić, to w menusach możecie poznać dokładną biografię bohaterów i inne fakty dotyczące pobytu pana Rodrigueza na Panau. Jest to jednak pastiż, więc więcej tu będzie żenującego śmiechu niż zaciekawienia. Warstwa dialogowa też nie powala, co wiąże się ze słabym lip sync'iem i ogólnie słabym voiceactingiem. Są to jednak jedyne wady tej produkcji, wady które tak naprawdę nie mają większego znaczenia. Należy ponadto pamiętać, że jest to gra z otwartym światem (sandbox), gdzie kolejność wykonywania poszczególnych misji zależy tylko i wyłącznie od nas. W takich produkcjach historia zawsze schodzi na drugi plan a liczy się tylko i wyłącznie gameplay.
Jak Fallout
Najnowsza produkcja Avalanche Studios bardzo przypominała mi ostatnią odsłonę Fallouta. Z pozoru wydawać się to może durne porównanie, ale zarówno w jednej jak i drugiej grze spędziłem pokaźną ilość godzin szwendając się bez celu i podziwiając stworzony świat. Panau zachęca do tego nawet bardziej, gdyż wykreowany archipelag prezentuje się naprawdę uroczo. Mamy pokaźne tereny zielono-lesiste, tereny górskie które są pokryte śniegiem, tereny pustynne a także przepięknie prezentujące się delty rzeczne czy atole. Po prostu kalejdoskop przepięknych widoków, przy których wysiada National Geographic. Jedyne czego brakuje do pełni szczęścia to fauny (można by z tym związać jakieś dodatkowe bonusy). Poza paroma latającymi ptakami nie ma szans na spotkanie żadnej dzikiej zwierzyny. Ale to żaden minus, bo flora sama w sobie prezentuje się kapitalnie. Nie raz przystawałem na dłuższą chwilę rozglądając się po okolicy, nie raz zbaczałem z drogi prowadzącej do kolejnej misji by wdrapać się na jakieś wzniesienie. Woda już w pierwszej części prezentowała się fantastycznie, a w drugiej odsłonie gry jest jeszcze bardziej przekonująca. To samo dotyczy nieba, które mogą pokryć chmurki doprowadzające do odświeżającego deszczu. Do tego mamy zmienny cykl dnia i nocy - spoglądając w ciągu dnia na małe miasteczko w oddali czy bazę wroga, będziemy widzieli piękne kolory tonące w zieleni otoczenia i błękicie nieba.
W nocy natomiast bazę rozświetli sztuczne oświetlenie, które i w tym wypadku nada bajkowy obraz scenerii. A zachód słońca to czysta poezja i obrazek jak z raju. Kapitalny design wyspy z idealnie dobraną paletą mocnych kolorów po prostu daje efekt opadu szczeny. Moim zdaniem jest to najładniejszy sandbox tej generacji. Kopie tyłek i tyle. Wszystko hula w stałych 30 klatkach na sekundę i nie zwalnia ani na chwilę nawet przy większej zadymie. A zadym jest dużo, tak samo i wybuchów. Wprawdzie są elementy środowiska których nie da się zniszczyć (a powinno się dać), drzewa i budynki, ale cała reszta przewidziana do zniszczenia wybucha aż miło. Niezapomniane misja z silosami i wysadzeniem rakiet mających wynieść satelitę na orbitę pokazują klasę dewelopera. Po prostu moc. MOC! Walące się słupy nie znikają od razu. Fizyka ładnie prowadzi je zgodnie z siłą ciążenia ku ziemi. Dzięki temu możemy zablokować sobie (albo przeciwnikowi) drogę.
Screeny z gry :

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz